Jordania. Przewodnik Ilustrowany
Beduiński sposób życia
Czasy plemiennego życia w Jordanii mogły przejść do historii, ale Beduini nadal są tam obecni i łączą nowoczesne osiągnięcia techniczne z dawnymi tradycjami.
Skoro tylko bursztynowe pasma porannego światła rozjaśnią fioletowe grzbiety wzgórz, młoda pasterka Fatma wygania stado owiec i kóz z zagrody i pędzi je w dół zbocza, by pasły się w pobliskiej dolinie. Gdy kozy zatrzymają się, by skubać pędy dzikiego tymianku, przysiada na grudzie ziemi, wyjmuje splątany kłąb czarnego i szarego koziego włosia z sakwy zawieszonej na przegubie i zaczyna prząść wełnę. Podczas gdy obraca na udzie drewniane wrzeciono (maghzal), 15-letnia Ajsza z sąsiedniego namiotu, towarzysząca codziennie Fatmie, śpiewając zagania zwierzęta, które odłączyły się od stada. Towarzyszy jej poszczekujący pies Beco. Do dziewcząt dołącza matka Ajszy, Eida, prowadzi osła objuczonego pojemnikami na wodę,
na jego grzbiecie siedzi jedna z młodszych sióstr Ajszy. Gdy Eida zatrzymuje się przy studni, by nabrać wody, podjeżdżają dwie cysterny. Fatma szybko zasłania dolną połowę twarzy czarną chustą zwaną mandeel.
W obozowisku u podnóża wzniesienia, na skraju sosnowego lasku, Kifaja, matka Fatmy karmi i poi koźlęta. Jej długa, czarna suknia zwana thaub jest ozdobiona haftowanymi pędami winorośli przeplecionymi różowymi oraz żółtymi kwiatami we wzór rodem z Ramallah. Fatma i Ajsza noszą madraga, długie czarne szaty innego kroju, używane przez beduińskie kobiety ze wschodniego brzegu Jordanu. Jasne jedwabne bluzki w kolorze różowym i amarantowym, wkładane pod wycięte pod szyją szaty,pozwalają dostrzec oliwkową skórę i duże, czarne oczy młodych kobiet. Za 10 dni Kifaja pomoże córce rozstawić krosna, by Fatma mogła z 24 motków przędzy z koziego włosia, które uprzędła od strzyży z ubiegłej wiosny, utkać długi wąski pas, potrzebny do zastąpienia jednego z siedmiu takich pasów, z których uszyty jest namiot. Rodzina przygotowuje go na nadejście zimy, którą spędzi w Rahmie w pobliżu Morza Martwego.
Co roku w czerwcu, gdy upał w regionie Morza Martwego staje się dla zwierząt nie dowytrzymania, rodzina Fatmy pakuje swój dobytek, ładuje go wraz ze zwierzętami do dwóch ciężarówek i rusza w kierunku wyżyn w środku kraju w poszukiwaniu lepszych pastwisk, wody i chłodniejszego klimatu. Tego lata obozowisko rodziny powiększyło się do trzech namiotów: po jednym dla każdego z żonatych braci Fatmy i jeden dla jej rodziców, jej samej i rodzeństwa. Latem używają namiotów z płótna, które są przewiewniejsze i łatwiejsze do transportu niż czarne, zwane "włosianymi domami", które pozostawią w Rahmie.
Życie codzienne
Gdy stado ułoży się w cieniu kilku sosen na południową drzemkę, pasterki wrócą do domu, gdzie Kifaja akurat piecze beduiński chleb, shrak. Odrywa kulę ciasta i przerzucając je z ręki do ręki formuje spory, cienki okrągły placek, który zręcznie rzuca na gorący saj, dużą metalową misę odwróconą do góry dnem i ustawioną na trzech kamieniach nad ogniskiem z chrustu i koziego nawozu. Po zaledwie kilku sekundach podpłomyk jest złotobrązowy i Kifaja przekazuje go Fatmie, która łamie kawałek i nabiera nieco rajouf, beduińskiej potrawy przyrządzonej z soczewicy. Chleb, będący samodzielnym posiłkiem, wypiekany jest ze zboża, które sieje się w sąsiedztwie obozowiska w każdym miejscu, gdzie rodzina je rozbija. Je się go na śniadanie i kolację z herbatą lub maślanką. Po posiłku brat Fatmy ładuje worki nawozu na przyczepę ciągnika, a matka napełnia koryto wodą dla koźląt. W tym czasie ojciec, zwany Abu Musallam, co znaczy Ojciec Musallama (takie imię nosi jego najstarszy syn), otwiera srebrną papierośnicę i zwija sobie papierosa z miejscowego tytoniu hisheh. Siedzący na wełnianym materacu mężczyzna jest ubrany w szatę do kostek i marynarkę z szarej wełny. Na głowie ma złożoną w trójkąt białą chustę hatta, którą podtrzymuje podwójna pętla z czarnego sznurka zwana aqal. Sączy słodką herbatę miramiya pachnącą szałwią. Między namiotami znajdują się dwie zagrody dla kóz i beczka po oleju wypełniona wodą. Wśród worków z paszą, koryt i beczek na nieczystości skaczą kurczęta. Gliniane naczynie na wodę, butla gazowa, duża balia do prania i okopcony od używania kociołek mają swoje stałe miejsce w krajobrazie obozowiska. Wewnątrz namiot jest przedzielony zasłoną. Jedna strona służy mężczyznom i ich gościom, w drugiej kobiety wykonują domowe czynności. Po kobiecej stronie piętrzą się zapasy żywności, a jaskrawe ubrania suszą na sznurkach. "Wiosną doimy owce i kozy dwa razy dziennie. Każdego roku zabijamy dużą kozę i ze skóry robimy si'n (bańki na mleko)" - wyjaśnia Fatma. W kołysanym na trójnogu z żerdzi naczyniu kobiety robią klarowane masło (saman) i ser. Wiosną przygotowuje się także jameed, jogurtowe ciastka, suszone na słońcu na dachu namiotu i używane do robienia sosu do mansaf, tradycyjnej potrawy z jagnięciny. Kifaja ma w nosie niewielki kolczyk i dwie złote koronki na zębach. W pasie na biodrach nosi sakiewkę z pieniędzmi i kohl, używany przez kobiety i dzieci do ochrony oczu przed piaskiem i słońcem. Kolczyki ze złotych monet na cienkich łańcuszkach dopełniają urody Fatmy. Ajsza, która od dziadków nauczyła się wierszy, ma złoty pierścionek w wersetem z Koranu.
Już nie koczownicy
Tylko około 7% ludności kraju można nadal uważać za prawdziwych koczowników. Przez ostatnie dziesięciolecia wielu Beduinów osiedliło się, co odzwierciedla z jednej strony życzliwość władz, a z drugiej tęsknotę za wygodniejszym życiem. Mimo istnienia w Jordanii 15 głównych plemion, rodzin wciąż wędrujących z namiotami jest już bardzo niewiele. Jednak niemal wszędzie można z daleka dostrzec podłużne, wąskie namioty beduińskie, rozstawione na odległych zboczach lub na obrzeżach miast. Mogą one należeć do plemienia Sirhan na północnym wschodzie kraju, do Beni Sachr w Jordanii środkowej, do Howeitat na południu czy do palestyńskich plemion z rejonu Beer Szeby w Wadi Araba. "Koczownik z definicji przemieszcza się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu pastwisk i źródeł wody - wyjaśnia jordański socjolog dr Sabri Rubeihat. - Ludy półwędrowne uprawiają zboża i hodują rośliny, a ich osadnictwo we wsiach ma charakter sezonowy. Ponieważ coraz więcej spośród nich osiedliło się, by móc korzystać ze szkół i szpitali zbudowanych przez rząd w wioskach i miastach, granice między życiem miejskim, wiejskim i koczowniczym zatarły się. Obecnie to pojedyncze rodziny, nie plemiona, przenoszą się z miejsca na miejsce. Współcześnie dzieci chodzą do szkoły, a rodziny chcą korzystać z elektryczności. Nie uważają już beduińskiego trybu życia za wygodny".
Zamożni Beduini
Wyższy komfort życia i zamożność to nie tylko japońska ciężarówka zastępująca wielbłąda czy zakup nowej lodówki bądź telewizora. Znane są przykłady prawdziwego bogactwa wśród Beduinów. W najelegantszej dzielnicy Ammanu, Abdun (Abdoun), we wspaniałej willi mieszka sułtan Abdul-Majeed al-Adwan, jeden z przywódców plemienia. Prawie nie ma dnia, by nie odwiedzali go członkowie plemienia Adwanów, zamieszkujący południową dzielnicę Szune (Shuneh), w pobliżu mostu króla Husajna. Członkowie plemienia proszą sułtana o wiele przysług: pragną, by stanął na czele ich przedstawicieli udających się z misją jaha (oficjalne złożenie prośby o rękę w imieniu młodzieńca) lub reprezentował ich w procesie rozsądzania konfliktów między członkami dwóch rodów, zwanym atweh.
Wiejska rezydencja sułtana to 660-letni zamek odziedziczony po przodkach, którzy zbudowali go na własnej ziemi nad kanionemSail Hisban w pobliżu Na'ur. We wspaniale wyposażonym zamku zgromadzono pamiątki rodowe, m.in. meble, przywiezione z Damaszku przez dziadka sułtana dla jego babki, oraz fotografie ojca, dziadka i pradziadka, którzy mieszkali w Jordanii w okresie rozkwitu koczownictwa. Na ścianie dziedzińca wisi wielka taca do mansaf, użyta przez ojca obecnego sułtana do podania potrawy z 25 jagniąt i 200 kg ryżu przygotowanej z okazji wizyty młodego króla Husajna w 1962 r.
Delikatna kwestia etykiety
Sułtan wyjaśnia niektóre zasady beduińskiej etykiety: "Gość powinien się zbliżać do namiotu od tyłu i zatrzymać się przed wejściem, aby okazać uprzejmość. Gość jest mile widziany przez trzy i jedną trzecią dnia. Potem staje się uciążliwy. Jest przysłowie, że wąż jest milszy od gościa, który przedłuża wizytę. Gościa przyjmuje się jak księcia, ale w czasie pobytu w domu gospodarza jest raczej więźniem, musi uważać, by nie przyglądać się jego żonie i córce i zachowywać się nienagannie. Przy odjeździe będzie traktowany jak minister. Zbyt uprzejme pożegnanie byłoby niegrzeczne, bo mogłoby stworzyć wrażenie, że gospodarz rad jest z rozstania. Gdy z wizytą bawi wielu gości, kawę (podawaną w tradycyjnym dzbanku zwanym dalleh) nalewa się najpierw najdostojniejszemu wśród nich, a herbatę kolejno od prawej strony. Jeśli gość ma ochotę na więcej kawy, wyciąga maleńką porcelanową filiżankę po kolejną porcję napoju. Gdy już nie chce więcej, potrząsa nią na znak odmowy. Przy jedzeniu mansaf lub chleba należy posługiwać się wyłącznie prawą ręką, nigdy nie używać lewej, którą należy trzymać za plecami. Wszyscy gromadzą się wokół tacy i nie posługując się sztućcami, formują z ryżu i sosu kulki, które mieszczą się w ustach. Należy sięgać do tacy po jedzenie tylko przed sobą, a nie przed sąsiadem. Nie wolno dotknąć głowy owcy, umieszczonej w środku tacy, bo jest ona symbolem powitania gości. Jeśli gość zje cały ryż, sos lub mięso, okaże zachłanność, ale zjedzenie całego chleba dowodzi, że gospodarz nie był tak hojny, jak powinien być, bo chleb jest tani".
Beduińskie małżeństwo
Sułtan dalej objaśnia subtelności etykiety, towarzyszące zaręczynom i zaślubinom. "Jaha, uroczystość proszenia o rękę panny, podlega ścisłym zasadom protokołu. Przed udaniem się do rodziny wybranki rodzina starającego się zapewnia sobie poparcie najbardziej szanowanych członków społeczności. Ojciec przyszłej narzeczonej lub naczelnik plemienia wita gości i tylko najważniejszy z nich jest częstowany filiżanką kawy. Zidentyfikowaniu tej osoby towarzyszy skomplikowany rytuał uprzejmości. Filiżanka przechodzi z rąk do rąk, aż jeden z gości zdecyduje się ją przyjąć. Zanim to nastąpi, każdy z częstowanych odsuwa ją od siebie ze słowami »nie, to powinien być ten i ten, nie ja« i »ona jest dla kogoś innego«. Ten, kto ostatecznie ją przyjmie, nie wypija kawy, lecz zaczyna przemawiać:
»W imię Boga miłosiernego i litościwego, jesteśmy jaha. Chcemy zostać twoimi powinowatymi. Prosimy o twoją córkę dla naszego syna…«.
Nie wolno przy tym wymieniać imienia dziewczyny. Potem mówca wychwala plemię narzeczonej i chwali, jak dobrymi przyjaciółmi są oba plemiona lub klany. W wioskach grupy kobiet udawały się w czwartek po południu, by zabrać dziewczynę od plemienia. Zwykle przybywały na 100-200 koniach. Widząc, jak się zbliżają, narzeczona powinna rzucić się do ucieczki, by nie dawać powodów do komentarzy, że pali się do zamążpójścia. Potem kobiety ją kąpały i malowały czerwoną henną jej przeguby i podeszwy stóp. W końcu zabierały ją ze sobą. W piątek, po zaślubinach, wydawano uroczysty obiad. Kobiety jadły osobno, a mężczyźni zasiadali pod czarnym namiotem z koziej wełny. Goście przynosili upominki (nuqout). Mogła to być owca, ryż lub pieniądze. Współcześnie, w czasach przenikania tradycji i technologii, prezentem może być telewizor, wyroby ze srebra lub kryształu. Wszyscy śpiewają i wychwalają pannę młodą, mówią, że narzeczony jest dzielnym i hojnym człowiekiem, a jego ojciec wodzem, pochodzącym z dobrego, silnego plemienia. Niektórzy nadal świętują przez trzy dni przed zaślubinami ze śpiewami i strzałami z broni palnej, a kulminacja zabawy przypada na noc, w której przybywa panna młoda. Tydzień później składa ona wizytę rodzicom i przynosi im owcę, ryż, cukier i naczynie klarowanego masła".




RSS